Były szef CBŚP o sprawach, które noszą się śnią: porwanie dziecka i bomba w lodówce

Mariusz Pośnik, który przez dekadę kierował wydziałem walki z terroryzmem, opowiada o najtrudniejszych sprawach ze swojej 25-letniej służby. Niestety, wspomnienia z nich do dziś go nie opuszczają.

Były szef CBŚP o sprawach, które noszą się śnią: porwanie dziecka i bomba w lodówce

Rozliczenie się z przeszłością

Według wiadomosci.wp.pl, Mariusz Pośnik przepracował w policji 25 lat. Zaczynał jako pirotechnik na lotnisku, a w latach 2013–2023 kierował wydziałem CBŚP do walki z przestępczością kryminalną i aktami terroru. Od trzech lat jest na emeryturze. Jak sam mówi, ta praca nie opuszcza policjanta nawet wiele lat po jej zakończeniu — pozostaje całą dobę w jego głowie.

Pytany o historie, które śnią mu się po nocach, nie waha się. Wspomina sprawy, które ukształtowały jego podejście do pracy i zostawiły trwałe ślady.

Śmierć małego Dawidka

Najbardziej prze­żył sprawę małego chłopca. Ojciec zabił dziecko i porzucił jego ciało przy zbiorniku wodnym. Dla Pośnika ten przypadek był szczególnie trudny — jego własny syn był w tym samym wieku co Dawidek.

Poszukiwania trwały pięć dni. Do akcji włączył się nawet ówczesny zastępca komendanta głównego Kamil Bracha. — Generał kończył wręczanie medali w Legionowie, dzwonił i mówił: "Podjedźcie po mnie". Zakładał bojówki, brał kij i szedł w krzaki szukać — wspomina Pośnik.

Policjantom z oddziałów prewencji przekazywał jasne przesłanie. Nie szukali po prostu zwłok dziecka — chodzili o to, by mama mogła się pożegnać. Ciało znaleziono w sobotę rano. — W momencie, gdy przyjechała mama na miejsce, ja stamtąd uciekłem. Nie mogłem. Nie chciałem słyszeć tego krzyku piekieł — przyznaje.

Ta sprawa nigdy go nie opuściła. Do dzisiaj pamiętam wszystkie szczegóły. Dojeżdżając tamtą trasą, widzi ojca, który zatrzymuje samochód i kładzie ciało dziecka na ramię. Wspomnienie przeniosło się też do domu — gdy niegdyś nosił małego na rękach, zastanawiał się, jak daleko odbył by je go niosąc, gdyby... Takie myśli towarzyszą pracownikowi antyterrorystycznemu.

Porwanie i ładunek wybuchowy

Druga sprawa dotyczy porwania około 10-letniego chłopca sprzed szkoły w Krakowie. Przyjazd był nagły — zimą, przy śliskiej drodze i temperatury minus 15 stopni Celsjusza.

Na miejscu stał samochód porywacza z ładunkiem wybuchowym, który nie zadziałał. Dla Pośnika powstała dylemat: czy to błąd, czy pułapka? Wiadomo było jedno — w aucie jest materiał DNA. Standardowa neutralizacja mogła zniszczyć ślady, więc Pośnik zdecydował się na „wejście ręczne". Sam podszedł do samochodu i rozebrał urządzenie.

Gdy pytal go o uczucia w tamtym momencie, przywołał słowa instruktora z lotniska: — Mówił: "Nie bój się, nawet nie poczujesz." Robisz to mechanicznie, automatycznie. Strach przychodzi później — podczas pauzy, gdy nie możesz zasnąć ani usnąć o czwartej w nocy.

Porywacz grał z policją. Podsłuchiwał mieszkanie rodziców, w którym pracowali śledczy, i wysyłał im wiadomości. Wśród policjantów pojawiło się podejrzenie, że wśród nich jest kret współpracujący z porywaczem. Chłopiec powrócił do rodziców po zapłaceniu okupu. Sprawcę zatrzymano kilka miesięcy później — wtedy wyszło na jaw jego wcześniejsze porwanie. Uprowadził 76-letniego biznesmena i trzymał go w drewnianej skrzyni zakopanej w ziemi. Mężczyzna zmarł, bo nie dostał insuliny.

Z całej sprawy Pośnik zapamiętał jedno — to zimno.

Nitroglikol w lodówce

Trzecia sytuacja mogła skończyć się tragicznie. W Płocku policjanci zatrzymali mężczyznę, który chwalił się w internecie zakupami. W jego lodówce stał pojemnik z substancją, którą zatrzymany nazwał glikolem. Dwie, trzy krople spowodowały mikroeksplozję i urwały głowę od młotka.

Gdy Pośnik otworzył lodówkę, znalazł wewnątrz 17,5 litra nitroglikolu — materiału, który według niego równoważył około 50 kg trotylu. Wystarczyło kopnięcie w lodówkę lub szarpnięcie mocniej drzwiami, by cały blok się rozłożył.

Trzeba było ewakuować około 900 mieszkańców. Komendant Bracha dzwonił co cztery minuty, jednak Pośnik poprosił go o przerwę — jeśli sprawy pójdą źle, wtedy powinien dzwonić. Pracowali od godziny 16 jednego dnia do 23 następnego. Tylko kawa, papieros i dalej.

Cena służby

Za taką pracę płaci rodzina. Gdy wybuchła bomba we Wrocławiu, jego syn miał zaledwie dwa tygodnie. Żona dzwoniła: — Zatrzymaliście go? W telewizji powiedzieli, że tak. Pośnik musiał odpowiedzieć, że jeszcze musi czekać.

Takich wyjazów było wiele. Dzwonił do domu: — Spakuj mi trzy kosmetyki i dwie pary spodni. Wchodzisz, bierzesz torbę i mówisz: "See you". Kiedy wrócę? Nie wiem.

Jedną rzecz żałuje do dziś. Jego ojciec umierał, a on musiał jeszcze dokończyć dokumenty. Mogłem dwie godziny wcześniej dłużej z nim porozmawiać. Nie byłem świadomy tego, że za chwilę go nie będzie.

O wszystkich tych sprawach Pośnik mówi to samo: musisz się nauczyć z tym żyć.

Source: Google News PL

Read this article in English