Dr Gładyś z Politechniki Warszawskiej zaginął. Zeznawał w CBA dzień wcześniej
Wykładowca Politechniki Warszawskiej dr Sylwester Gładyś wyszedł na spacer do Parku Młocińskiego w lutym 2026 r. i nie powrócił. Dzień wcześniej zeznawał w CBA w sprawie reprywatyzacji warszawskich nieruchomości.

Naukowiec zniknął bez śladu
Wieloletni wykładowca Politechniki Warszawskiej dr Sylwester Gładyś wychodzi z mieszkania na warszawskich Bielanach 24 lutego 2026 r. krótko przed godziną 16. Na biurku pozostaje włączony komputer z wykładem, którym właśnie pracował. Drzwi balkonowe są otwarte. Zgodnie z powtarzającym się rytuałem wtorek wyjmuje kijki trekkingowe i wkłada do samochodu torbę na basen – zaraz po spacerze w Parku Młocińskim planuje popływać.
Jego telefon ostatni raz loguje się do sieci o godz. 17.28 na terenie parku. Kolejnych logowań już nie ma. Żaden z przeanalizowanych później nagrań z kamer monitoringu nie pokazuje, jak naukowiec opuszcza park. Do dziś nikt nie wie, co działo się przez tę godzinę.
Dzień wcześniej zeznawał w CBA
Według wiadomosci.wp.pl poprzedniego dnia, 23 lutego, Gładyś został wezwany do stołecznej delegatury CBA. Przesłuchanie dotyczyło śledztwa Prokuratury Regionalnej we Wrocławiu, które obejmuje warszawską reprywatyzację i liczne nieruchomości w stolicy, w tym działki przy ul. Pańskiej 80 i 82.
Funkcjonariusze pytali go przede wszystkim o pełnomocnictwa, które miał udzielić Jackowi Ż. – kuzynowi byłej żony doktora, przez lata reprezentującemu rodzinę w sprawie zwrotu nieruchomości. Szczególnie interesowało ich, czy naukowiec podpisał określone pełnomocnictwo przed konkretnym notariuszem. Gładyś opowiada rodzinie i znajomym, że zobaczył ten dokument pierwszy raz i zapowiada, że przejrzy swoje materiały, aby dokładniej odtworzyć przebieg zdarzeń.
Tego samego dnia siadł do prowadzonego od lat skrupulatnie kalendarza. Na stronie zapisuje "pełnomocnictwo bez sprzedaży" wraz z numerem dokumentu z 1999 r., datami, nazwiskami i notariuszem w Raszynie. Pismo jest nierówne – choroba Parkinsona utrudniała mu pisanie odręczne. Jednym z ostatnich zdań, które zapisał, było jedno, bez słowa wyjaśnienia.
Prokuratura nie łączy zaginięcia ze śledztwem prowadzonym w CBA.
Szukanie w parku
Jego telefon nie odpowiada wieczorem we wtorek. Nie odpowiada też w środę. Rodzina Gładysia jest rozproszona – część członków mieszka poza Warszawą. W piątek 27 lutego ktoś z bliskich udaje się do jego mieszkania z kluczami. Mieszkanie jest puste.
Zgłoszenie na policję nie zostaje początkowo potraktowane poważnie. Chory mężczyzna jest samodzielny – mógł gdzieś wyjechać. Wiadomość o zniknięciu szybko rozchodzi się w sieci. W sobotę bliscy, studenci i harcerze przeszukują Park Młociński, Las Bielański i sąsiednie rejony Warszawy. Nie znajdują żadnego śladu.
Rodzina zbiera nagrania z monitoringu z okolicy. Z zestawionych materiałów wyłania się obraz: naukowiec wszedł do parku, ale z niego nie wyszedł. Dopiero wtedy do poszukiwań włącza się policyjna grupa poszukiwawcza.
Sześć dni po zaginięciu, w niedzielę 1 marca, ściągane są psy szkolone do szukania. Podejmują trop i prowadzą do skarpy nad samą rzeką. Tam ślad się urywa. Psy wyszkolone do szukania zwłok, puszczone w las, nie wskazują niczego.
Policja mówi o samobójstwie
Policja od początku skłania się ku wersji związanej z samobójstwem. Rodzinie przedstawia scenariusz: naukowiec usiadł na ławce, przemyślał swoje życie, a gdy zaszło słońce, poszedł nad rzekę. Był chory, było mu ciężko. Nie pożegnał się, bo ludzie czasem się nie żegnają.
Otoczenie zaginionego fizyką myśli inaczej. "Oczywiste jest to, że ludzie popełniają samobójstwa. Ale kto skacze z trzymetrowej skarpy do rzeki? Mimo choroby Parkinsona, która dzięki lekom nie była bardzo uciążliwa, miał świadomość swoich możliwości. Nie podszedłby nad sam brzeg. To człowiek, który wszedł na Mont Blanc, na Kilimandżaro. Nie wierzę, że wzięła go mała skarpa nad Wisłą" – mówi osoba z najbliższego otoczenia rodziny.
Córka zaginionego dodaje: "Gdyby chciał odejść po swojemu, to zostawiłby nam poukładane sprawy, list, cokolwiek. Nie rozpłynąłby się, zostawiając nas z zagadką".
Brakujące szczegóły
Na dnie spaceru Gładyś zwykle nie zakładał kijków trekkingowych na nadgarstki, ale tego dnia miał je ze sobą. Gdyby wpadł do wody, przynajmniej jeden powinien pozostać na brzegu albo zostać wyrzucony przez rzekę. Nie znaleziono ani kijków, ani kaszkietu, ani żadnych innych elementów ubioru. Większość ciał, które wypływają z Wisły, traci kurtkę i inne części garderoby. Nawet gdyby kijki były założone na nadgarstki, to one jako pierwsze by się odczepiły.
W domu został włączony komputer z otwartym wykładem, herbata w szklance, leki na Parkinsona na biurku. Wszystko wskazywało na to, że niedługo miał wrócić. Jego 71-letnie ciało, o wzroście 185 cm, w czerwonej kurtce z żółtym napisem, nigdy nie zostało odnalezione.
Source: Google News PL